Rozterki i usterki szachowej edukacji

Dzień dobry Panie Andrzeju. Ostatnie tygodnie przyniosły wiele korzystnych rozstrzygnięć dotyczących koncepcji stopniowego wprowadzania szachów do polskich szkół. Dzięki wizycie byłego Mistrza Świata, Garriego Kasparova, jeszcze do niedawna mało konkretna idea zaczęła wreszcie nabierać realnych kształtów. Jak według Pana powinien wyglądać docelowo kształt tego projektu? Na co należy zwrócić uwagę by końcowy efekt tego przedsięwzięcia pozwolił dzieciom odnieść jak najwięcej korzyści?

                Wizyta Garriego Kasparowa w naszym kraju, rzeczywiście jest nie do przecenienia. Nawet osoby nie mające na co dzień zbyt wiele wspólnego z królewską grą, bez większych problemów rozpoznają tą charyzmatyczną postać. Zatem rozmowy na szczeblu: Ministerstwo Edukacji Narodowej – Ministerstwo Sportu i Turystyki – Polski Związek Szachowy, dają poważne nadzieje, że projekt wprowadzenia szachów do polskich szkół nie będzie tylko medialnym hasłem. Nie zapominajmy, że pierwszym krokiem była deklaracja Parlamentu Europejskiego z roku 2012, w sprawie wprowadzenia do systemów oświaty w krajach Unii Europejskiej programu „Szachy w szkole”. Widzimy więc, że całe przedsięwzięcia ma bardzo solidne podstawy, jednak jak powszechnie wiadomo – diabeł tkwi w szczegółach!

                Od 17 lat prowadzę lekcje szachów w klasach I-III w Szkole Podstawowej nr 13 w Gorzowie Wlkp. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że odbywa się to w ramach siatki godzin, nie zaś jako zajęcia pozalekcyjne. To ogromna różnica. Uważam, że forma zająć pozalekcyjnych nie przyniesie spodziewanego efektu. Zapisze się 15-20 dzieci – wielu zdolnych uczniów ominie nasza inicjatywa, ponieważ ich rodzice nie będą widzieli takiej potrzeby, bądź zwyczajnie nie znajdą na nią czasu -  pochodzą przez 2-3 miesiące i zaczną się „wykruszać”. Prowadzącego zacznie ogarniać zniechęcenie, „wydźwięk społeczny” będzie nie wielki, a do końca roku szkolnego dotrwa 6-8 uczniów. I co z tym dalej robić? W roku następnym zajęcia wznowią 3-4 osoby i cały projekt można wyrzucić do kosza. A poza tym, aby realizować pozalekcyjne zajęcia szachowe, wcale nie potrzebujemy żadnych porozumień na najwyższym szczeblu, a jedynie dobrej woli dyrektora szkoły.

Rozmawiajmy więc, o wprowadzeniu szachów jako przedmiot nauczania.

Pierwsze pytanie jakie się natychmiast nasuwa, to kto ma te lekcje prowadzić? Zdecydowanie stawiam na panie z nauczania początkowego. Kilka lat temu miałem przyjemność prowadzić kurs instruktorski dla nauczycieli z województwa podlaskiego. Poziom szachowy był bardzo zróżnicowany i niezbyt wysoki, natomiast wszystkie osoby uczestniczące w tym kursie miały wieloletnie doświadczenie pedagogiczne i potrafiły uczyć. Takim osobom – po odpowiednim przeszkoleniu – wystarczy dać program do ręki i podręcznik. Zapewniam, że 1-2 godziny tygodniowo nie będą stanowiły większego problemu. Oczywiście rozmawiamy o klasach pierwszych. Kilka programów nauki gry w szachy dla dzieci klas I-III już funkcjonuje w naszym kraju, podręczniki również znajdziemy („Grajmy w szachy” Magdaleny Zielińskiej, „Zagrajmy w szachy” Czesława Spisaka – obie pozycje bardzo dobre). Na tym etapie nie przewiduję większych kłopotów. Problem zaczyna się w klasach następnych. Prowadzić nadal całą klasę? Dokonać selekcji najlepszych i w grupie „wybrańców” kontynuować program? Zmuszać wszystkie dzieci do szachów przez kilka lat, mając na względzie szeroko rozumiany rozwój intelektualny, czy też umożliwić najlepszym kontynuowanie ich pasji? Trudne pytania, z którymi będą musieli zmierzyć się twórcy programu.

Osobiście mam przyjemność pracować z dziećmi przejawiającymi największe predyspozycje do tej gry i uważam, że jest to rozwiązanie optymalne. Wszystkie dzieci klas pierwszych powinny nauczyć się zasad gry i posiąść umiejętność samodzielnego rozegrania partii szachowej, ale dalsza edukacja – w moim odczuciu – powinna odbywać się z dziećmi obdarzonymi największymi predyspozycjami.  Oczywiście, jeżeli poziom szachowy utrudnia kontynuowanie nauki przez nauczycielki klas I-III, możemy i powinniśmy posiłkować się instruktorami szachowymi, którzy działają w danych środowiskach. Pytanie tylko – w murach szkolnych, czy w zaciszach klubowych sal? Kwestie organizacyjne pozostawiłbym w gestii samorządów lokalnych, dyrektorów szkół i środowisk szachowych.

A więc jest Pan zwolennikiem pomysłu, w którym szachy znajdą się w normalnym nurcie edukacji i będą nauczane jako jeden z przedmiotów. To ambitna idea, za którą musiałoby pójść tworzenie klas o profilu "szachowym". Czy nie ma Pan obaw o poziom lekcji, prowadzonych przez panie, które po stosunkowo krótkim kursie przygotowującym, staną przed trudnym zadaniem zainteresowania dzieci szachami oraz koniecznością podtrzymania tej początkowej fascynacji?

                Jeżeli chodzi o klasy pierwsze, to jestem zwolennikiem nauczania dzieci przez ich wychowawczynie. Instruktor szachowy, nie mający doświadczenia pedagogicznego, utonie w gąszczu blisko 30 dzieci o bardzo różnym stopniu rozwoju intelektualnego. Jest to dżungla nie do przebrnięcia przez zwykłego śmiertelnika J Nasz kąt postrzegania tego zjawiska jest stosunkowo wąski i ogranicza się do zajęć szachowych z grupą 6-8 młodych, utalentowanych ludzi, w Klubie Szachowym lub w Domu Kultury. W klasie pierwszej mamy natomiast do czynienia z przekrojem środowiska, czyli dziećmi z różnymi dysfunkcjami. Dzieci te potrafią w parę minut zburzyć naszą wizję prowadzenia zajęć szachowych i do góry nogami wywrócić całą klasę. Doświadczony pedagog doskonale potrafi zapanować nad taką inwazją J Pamiętajmy również, że w klasach I-III obowiązuje nauczanie zintegrowane, czyli nauczyciel realizuje treści programowe bez rozbijania na poszczególne przedmioty. Nie ma również stopni jako takich. Na świadectwach mamy do czynienia z oceną opisową, która jest informacją dla rodziców o stopniu opanowania poszczególnych umiejętności przez dziecko. Nie ma to nic wspólnego z tworzeniem klas szachowych, a jedynie dodaniem nowej dyscypliny edukacyjnej do programu nauczania maluszków. Ideą takiego działania byłoby zarażenie szachami jak największej grupy dzieci, ofiarowanie im już na starcie szkolnym bardzo fajnej, edukacyjnej gry. Natomiast nie jestem wyznawcą pomysłu, aby zajęcia szachowe prowadzić w kolejnych latach z całym oddziałem klasowym. Zmuszanie wszystkich do szachów – w moim odczuciu – nie jest celowe. Szachy mimo wszystko są sportem, występuje w nich rywalizacja, wysiłek (wprawdzie umysłowy, ale jednak wysiłek), a wszystko to kończy się wymiernym wynikiem. A skoro tak, to nie wszyscy będą przejawiali odpowiednie predyspozycje. Zatem, nauczmy grać w szachy możliwie jak najwięcej dzieci – może kiedyś zrobią z tej umiejętności użytek – ale po klasie pierwszej dokonajmy wyboru uczniów, obdarzonych owym specyficznym darem do królewskiej gry. Dalszą edukację mogą prowadzić osoby związane z daną placówką oświatową - o ile mają takie kwalifikacje, bądź czują się na siłach, aby je zgłębiać i zdobywać – bądź miejscowi trenerzy i instruktorzy szachowi. Problemem będzie oczywiście brak „życia” szachowego w otaczającym środowisku. Cudów w takim przypadku zrobić się nie da, chociaż znam bardzo silnych graczy, którzy nie mieli żadnych trenerów, a do wszystkiego doszli własną pracą i pasją do szachów. Poza tym, nawet jeżeli edukacja szachowa z pierwszych lat nauczania nie przerodzi się w jakieś formy zawodnicze - czy to coś złego? Zagranie partyjki szachów w niedzielne popołudnie jest dobrem samym w sobie i tak je traktujmy.

Porozmawiajmy o roli rodzica, na którego spadła niełatwa rola wspierania małego "arcymistrza" w jego szachowej wędrówce. Jak ważny to aspekt, świadczy choćby napisana przez Pana książka, której adresatami są  właśnie rodzice, w której to dzieli się Pan swoimi przemyśleniami w tej materii. Jaki według Pana wzorzec postawy rodzica wobec małego szachisty jest najbardziej korzystny dla jego prawidłowego wzrastania?

Dobrze, kiedy rodzic wykazuje życzliwe zainteresowanie rozwojem kariery szachowej swojej pociechy, zachęca do pracy, ociera łzy po porażkach, służy pomocą we wszelkich kwestiach organizacyjnych i transportowych oraz - co bardzo istotne – nie ingeruje w cykl treningowy. Rodzice mający na względzie prawidłowy rozwój własnego dziecka powinni uzbroić się w cierpliwość – dużo cierpliwości. W tym sporcie nic nie dzieje się szybko. Potrzeba wiele lat wytrwałej pracy ucznia i nauczyciela, aby osiągnąć sukces. Mądrzy rodzice cieszą się z samego faktu, że syn czy córka grają w szachy. Wszechstronny rozwój umysłowy dziecka jest dzięki temu zapewniony, a czyż nie to jest najistotniejsze? Przecież młodzi ludzie grający w szachy to zazwyczaj najlepsi uczniowie w swoich klasach, szkołach i środowiskach. Wyjeżdżając na zawody szachowe poznają ciekawe zakątki naszego kraju, dzięki czemu uczą się historii i pielęgnują kulturę narodową. Przecież szkoła to nie tylko mury budynku, uczyć się możemy wszędzie. Mądry rodzic rozumie to doskonale i przedkłada te aspekty ponad kilka punktów rankingowego przyrostu, czy też parę dni nieobecności w szkole. Naturalnie nic nie mam przeciwko sukcesom stricte sportowym, wręcz przeciwnie. Są znakomitym przykładem dla kolejnych pokoleń, pobudzają wyobraźnię dziecka i są nagrodą za długoletnią, ciężką pracę. Choć tak naprawdę, aby odnosić wielkie zwycięstwa, szachy muszą być pasją, twórczą radością i tak starajmy się do tego podchodzić. Mój przyjaciel, mistrz międzynarodowy Aleksander Czerwoński, mawia często, że „chodzi o to, żeby lubić szachy same w sobie, a nie siebie samego w szachach”.

To byłby rodzic stojący po "jasnej stronie mocy". Jednak w swojej pracy trenera musiał Pan się spotkać z niejedną „ciekawą” sytuacją z rodzicem w roli głównej. Pracując jako wolontariusz na Mistrzostwach Zagłębia Przedszkolaków ujrzałem kiedyś taką scenkę: grało dwóch przedszkolaków, a nad ich stolikiem jeden z rodziców dosłownie "zawisł", uniemożliwiając grę maluchom. Po każdym posunięciu dziecka, rodzic trząsł się niczym osika na wietrze. Wielu rodziców cierpi też na chorobliwą ambicję w stosunku do swych dzieci..  Jak Pan sobie z tym radzi i jakie ma Pan sposoby na rodzica w wersji „hard” ?

                Niestety, rodziców po „ciemnej stronie mocy” jest całkiem sporo. Ich zachowania bywają bardzo różne, od zwykłego przerostu ambicji, poprzez presją psychiczną, aż po wrzaski, czy wręcz zachowania agresywne. Wiem, że trudno w to uwierzyć – ja również nie chcę w to wierzyć. Zbyt wybujałe oczekiwania rodziców i wytwarzana w związku z tym presja, zniszczyły już niejedną ciekawie zapowiadającą się karierę szachową. Niecierpliwość, ingerowanie w proces szkoleniowy, zmiana trenerów z częstotliwością wymiany opon z zimowych na letnie, to tylko niektóre z typowych dolegliwości „troskliwego” rodzica. Zajęcia indywidualne – najbardziej efektywne – niosą ze sobą najwięcej zagrożeń. Rodzic uważa, że skoro płaci, to ma prawo wymagać. Owszem – ma prawo wymagać solidnej, porządnej pracy, zaangażowania i lojalności wobec podopiecznego, ale nie natychmiastowych wyników sportowych. Te ostatnie uzależnione są od wielu czynników, m.in. predyspozycji i charakteru dziecka. Niestety, grubość portfela nie do końca przekłada się na złote medale.

                W jaki sposób radzę z rodzicem wersji „hard”?

Nie radzę sobie – rozstajemy się. Próbuję rozmawiać, wytłumaczyć niewłaściwe zachowania i wskazać prawidłowe ścieżki postępowania. Jeżeli widzę jednak, że to nie działa – a niestety miałem kilka takich przypadków – dochodzi do rozstania. Za każdym razem żal mi było dziecka, ale na pewne rzeczy nie mam wpływu. Poza tym, muszę chronić swój system nerwowy i emocjonalny – mój synek ma 2 latka i bardzo mnie potrzebuje. Dlatego prowadzenie grupy jest znacznie bezpieczniejsze, rodzice ponoszą niższe „koszty utrzymania”, przez co ich oczekiwania nie są tak gwałtowne. A poza tym, nie zapominajmy o wychowawczym aspekcie funkcjonowania młodego człowieka w grupie rówieśniczej. Dla wszystkich trenerów, którzy prowadzą jednak zajęcia indywidualne, mam dwie rady: na wstępie ustalić podział kompetencji względem małego Jasia bądź Małgosi. Uzgodnić z rodzicami dokąd sięga nasz obszar wpływów szachowych i jakie będą konsekwencje w razie jego naruszenia. I po drugie – określić ramy czasowe współpracy, np. jeden rok. Naturalnie z możliwością kontynuowania współpracy, o ile taka będzie wola obu stron. Cóż, dziecko uczy się grać w szachy, a rodzice - jak mądrze je w tym przedsięwzięciu wspierać. Dla nich to też nie lada wyzwanie, przecież tego nie uczą w poradnikach domowych, ani w telewizji śniadaniowej. Na wszystko trzeba czasu i cierpliwości. A jak mawiał znany klasyk szachowy George Koltanowski: „Niecierpliwość jest wrogiem myślenia”.

Cóż, częstych konfliktów chyba tutaj nie unikniemy - żyjemy w czasach gdzie dominuje model życia "na wczoraj", a szachy są co najmniej na "za kilka lat". Ale co tak naprawdę leży u podstaw tych destrukcyjnych postaw rodziców, jakie są psychologiczne podstawy takich zachowań?

                Niektórym rodzicom często wydaje się, że z uwagi na poświęcony czas i nakłady finansowe, udzielają dziecku kredytu – jak w banku. Najlepiej krótkoterminowego i w dodatku na wysoki procent. Jeżeli termin spłaty kolejnej raty - zwycięstwa i medale – opóźnia się, odczuwają głęboki dyskomfort psychiczny, czy wręcz frustrację, czego wyrazem są postawy dalekie od właściwych. Tak jak osoby uzależnione nie widzą swojego uzależnienia, tak toksyczni rodzice nie przyjmują do wiadomości negatywnych skutków swoich działań. Zasada „mnie to nie dotyczy” ma wielu wyznawców. Realizowanie własnych, często niespełnionych ambicji poprzez osiągnięcia dziecka, jest bardzo typowe i leży u podstaw piramidy szachowej edukacji. Proponuję obejrzeć film pt. „Szachowe dzieciństwo” (ang. Searching for Bobby Fischer) z 1993 roku. Obraz jest adaptacją książki Freda Waitzkina, opisującej dzieciństwo jego syna Josha. Chłopiec ogarnięty pasją do szachów osiąga coraz większe sukcesy, z którymi ojciec identyfikuje się w stopniu najwyższym. W rozmowie z nauczycielką syna ze szkoły kategorycznie stwierdza, że ani on, ani ona nigdy nie byli i nie będą tak dobrzy w czymkolwiek – jak jest Josh w szachach. Rozpierająca duma połączona z niepohamowaną ambicją jest mieszanką bardzo wybuchową. Niestety, odłamki ranią najczęściej głównych bohaterów tego spektaklu – dzieci. Mam nadzieję, że niejeden rodzic, który odnajdzie swoje zachowania w tych bolesnych słowach, zmieni swoje podejście do szachowych osiągnięć swojej pociechy i nabierze nieco więcej dystansu. Ku chwale życia rodzinnego.  

Zgodzi się Pan jednak, że często problemem bywa sam... trener. Od pewnego czasu proponuje swoje usługi coraz więcej szkoleniowców, a na dobrą sprawę rodzice nie wiedzą czym się kierować przy doborze trenera dla swojego dziecka. Po czym poznamy, że mamy do czynienia z dobrym trenerem, a nie trenerem tylko "z nazwy" i skąd rodzic będzie wiedział, że ewentualna współpraca na linii trener - dziecko, zmierza w dobrym kierunku.

                Bardzo dobre pytanie! Rodzic to dopiero ma urwanie głowy. Skąd ma wiedzieć, czy nie trafił na szachowego hochsztaplera, który pokazuje dziecku cyrkowe sztuczki w debiucie - bądź inne otwarcia, niedostosowane do wieku dziecka - polewa to wszystko sosem z prostych kombinacji w nadziei na szybkie efekty?  Co gorsza, efekty przychodzą. Dziecko nauczone taniego sprytu ogrywa rówieśników, utwierdzając w przekonaniu mamę i tatę, że trener jest „dobry”. Niestety, taka edukacja ma krótkie nogi i już po roku, dwóch -  nie działa. Wtedy „dobry” trener poszukuje nowego obiektu i wkrótce go znajduje. A co mają robić pozostawieni sobie rodzice? W wersji optymistycznej – i zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa – trafią w końcu na normalnego szkoleniowca. I tu dopiero zaczyna się zabawa. Normalny szkoleniowiec zaczyna czyścić tę stajnię Augiasza, którą pozostawił po sobie jego poprzednik. Wiąże się to z oporem materii - czyli samego zainteresowanego - ponieważ każde dziecko szybko przyzwyczaja się do łatwych zwycięstw i nie ma zamiaru ryzykować porażek w czymś nowym i nieznanym. Przestawienie młodego człowieka na solidne debiuty jest czasochłonne i bolesne. To tak samo jak z jazdą na rowerze – jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. I co mają myśleć o tym wszystkim rodzice? Który trener jest lepszy? U tego pierwszego dziecko często wygrywało, a teraz niekoniecznie – wnioski wydają się być oczywiste. Jak nie zabłądzić w tym gąszczu trenerskich meandrów? Nie jest to łatwe zadanie. Przede wszystkim obserwujmy, jak zmienia się nasze dziecko. Jakich słów używa, czy wraca z zajęć zadowolone, czy cieszy go gra w szachy. Po kilku wspólnych turniejach, możemy wyrobić sobie również własne zdanie na temat niektórych postaw naszego szkoleniowca. Zachęcam rodziców do uczestniczenia w wykładach i różnego rodzaju prelekcjach, które często odbywają się przy okazji dużych imprez szachowych dla dzieci. Ja wiem, że niejeden rodzic woli „wisieć” nad swoim dzieckiem podczas partii, niż wziąć udział w dokształcaniu grupowym. Zapewniam jednak, że warto. Dziecko bawi się w tym czasie szachami bez stresu, a rodzic czegoś ciekawego zawsze się dowie. Co prawda w literaturze zbyt wiele miejsca nie poświęca się tym zagadnieniom, ale coś tam zawsze się znajdzie. Można jeszcze „zasięgnąć języka” u osób cieszących się powszechnym zaufaniem – choć w tym względzie zalecałbym pewną ostrożność – „życzliwych” nie brakuje J

Reasumując, jeżeli trener pracuje z pasją, żyje grą swojego podopiecznego, potrafi porwać go w świat szachowych fantazji, to pozostaje tylko pogratulować rodzicom takiego szkoleniowca i… nie przeszkadzać!

Mistrz Międzynarodowy Jan Przewoźnik określił Pana mianem "trenera zaangażowanego". Jednak nie samymi szachami żyje człowiek. Czy mógłby Pan opowiedzieć Czytelnikom "Mata" o innych swoich pasjach oraz co Pana zajmuje w rzadkich chwilach wolnych od pracy szkoleniowca?

                Życie każdego mężczyzny można podzielić na okres przed i po urodzeniu się dziecka. Tak jest również w moim przypadku, odkąd na świecie pojawił się Wojtuś. Od dwóch lat czas biegnie mi więc zupełnie inaczej i zbyt wielu wolnych chwil dla siebie nie mam. Wszelkie, dawne sposoby spędzania wolnego czasu odchodzą w zapomnienie i ustępują miejsca nowym wyzwaniom, związanym z pokazywaniem świata małej istotce. Szachy oczywiście też Wojtusiowi pokazuję. Wprawdzie nie wygrał jeszcze ze mną żadnej partii, ale wszystkie figurki na szachownicy już rozpoznaje! To i tak ogromny postęp, bo jeszcze rok temu je zjadał.

Co do moich pasji, to z pewnością jedną z nich są góry. Jednakże od czasu urodzenia się synka nie było okazji do wspinaczki na Zawrat czy też na Świnicę. Ale jestem pewny, że za kilka lat to się zmieni. Wycofałem się także z działalności społecznej w szeroko rozumianych strukturach PZSzach., ograniczając się jedynie do pewnych form aktywności w Lubuskim Związku Szachowym i Klubie Szachowym „STILON” w moim rodzinnym Gorzowie Wlkp. Trochę wolnych chwil udaje mi się wygospodarować wieczorami, więc nadrabiam zaległości związane z dobrymi wydarzeniami sportowymi w TV (lubię zwłaszcza siatkówkę), filmowymi, oraz muzyką – ostatnio coraz częściej klasyczną. Czasami w ręce wpadnie dobra książka, ostatnio dzienniki Korczaka – polecam. Chociaż moja żona twierdzi, że i tak całe dnie spędzam „buszując” w Internecie J. Pewnie ma trochę racji.


Dziękuję bardzo za rozmowę.
Z Andrzejem Modzelanem rozmawiał Krzysztof Jopek. 

Aktualności

19-01-2038 Makroregion Dolnośląsko - Lubuski 2018 Transmisja partii z Makroregionu Dolnośląsko - Lubuskiego
Szklarska Poręba, 15-21.10.2018

LINK DO TRANSMISJI PARTII


linki do serwisów:
C 9
C 11
C 13
D 9
D 11
D 13
01-02-2019 Zbliżające się imprezy Zbliżają się - współorganizowane przez nas - Mistrzostwa Polski Młodzików (do lat 10) i Juniorów (do lat 16 i 18). szczegóły na stronie http://mp2019.agencja64.pl/. Czytaj więcej
14-06-2018 transmisja z Babimostu Transmisja z sześciu szachownic
Makroregionalnych Mistrzostw Młodzików
Babimost 14-17 czerwca 2018

serwis fotograficzny z sali gry i zakończenia

linki: do serwisu chłopców  do serwisu dziewczynek





Czytaj więcej
01-05-2018 Międzyzdroje, 27.04-6.05.18 Czytaj więcej
27-03-2018 LUBUSKA WIOSNA SZACHOWA

Lubuska Wiosna Szachowa po raz czternasty

Dzisiaj (27 marca) o 20.00 odprawa, a jutro o 10.00 I runda XIV Lubuskiej Wiosny Szachowej rozgrywanej w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gorzowie Wlkp. (ul.Sikorskiego 107, wejście od ul.Kosynierów Gdyńskich).

Transmisja będzie prowadzona z dziesięciu szachownic grupy "A".  

SERWISY TURNIEJOWE 

GRUPA "A"

GRUPA "B"


archiwum partii z poprzednich rund: pgn


Przy okazji przypominamy, że w dniach 2-7.07.2018 w tym samym miejscu odbędzie się (z funduszem nagród 25.000,00 PLN) II Festiwal Szachowy Emanuela Laskera. 

Szczegóły na stronie www.lasker2018.agencja64.pl    

 

10-01-2018 Festiwal pamięci mistrza świata Emanuela Laskera Czytaj więcej

[1] 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna Ostatnia

Imprezy

Obozy szkoleniowe

Newsletter

Zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

Galeria

Copyrights: Agencja64 plus Agencja Interaktywna Acro.media Sp. z o.o.
Realizacja: